Substancje aktywne w środkach owadobójczych

Dzisiaj porozmawiamy o substancjach aktywnych, inaczej czynnych. W skrócie – to właśnie te substancje, które powodują, że lekarstwo leczy, a preparat dezynfekuje lub zwalcza niechciane szkodniki. Pozostałe składniki preparatu to dodatki, które sprawiają, że ma on odpowiednią konsystencję, trwałość albo łatwo się zmywa.

Dopuszczalne ryzyko

Słowem – tylko substancje aktywne są tak naprawdę istotne i tylko one są podawane na opakowaniu produktu. Idąc dalej, tylko one są groźne dla zwalczanych szkodników… i dla człowieka. Tak, podkreślmy to – substancje chemiczne nie są bezwzględnie bezpieczne. WSZYSTKIE substancje. Wiedzieliście, że nawet woda jest dla człowieka śmiertelna w ilości około 4,5 litra? Podobnie – istnieje śmiertelna dawka soli, cukru czy czekolady.  Bo to – jak mawiał Paracelsus – dawka czyni truciznę. Chodzi więc o to, by tak dobrać dawkę, by dla człowieka była bezpieczna, ale np. dla pluskwy czy karalucha już nie. W przypadku substancji aktywnych (zarówno tych w pestycydach, jak i lekarstwach) mówimy więc nie o bezpieczeństwie, tylko dopuszczalnym ryzyku. Kto określa to dopuszczalne ryzyko? Przepisy! Głównie rozporządzenia UE, które potem przekładane są na prawo krajowe.

Procedura rejestracji w UE

Działa to tak: najpierw firma, która chce wprowadzić na rynek substancję aktywną musi ją zatwierdzić na rynku UE. To procedura sprawdzająca bardzo dokładnie – a przez to i bardzo, bardzo drogo i długo – jak dana substancja wpływa na człowieka i środowisko naturalne. Jeśli ryzyko jest akceptowalne – substancja wchodzi na listę dozwolonych w danej grupie. Grup jest w sumie 23. Nas zwykle będzie interesowało kilka, np:

– 14. – rodentycydy, czyli środki do zwalczania gryzoni (myszy, szczury itp.)
– 16. – moluskocydy, czyli środki zwalczające mięczaki (ślimaki)
– 18. – insektycydy, czyli środki do zwalczania owadów
– 19. – repelenty, czyli preparaty odstraszające.

Żeby było trudniej i drożej, jeśli jakaś substancja jest jednocześnie np. insektycydem i repelentem to… trzeba ją zatwierdzić dwa razy.  

Wziewnie, żołądkowo lub kontaktowo

Gdy substancja aktywna znajduje się już na liście dozwolonych można komponować z niej gotowy produkt. Dodaje się stabilizatory, emulgatory, wszelkie substancje pomocnicze mające nadać charakter naszemu produktowi. Generalnie można przyjąć trzy sposoby działania preparatów: wziewny (oddechowy), żołądkowy i kontaktowy (dotykowy). Jeśli substancja ma działać wziewnie trzeba ją zmieszać z czymś lotnym tak, by dało sią ją ławo rozpylić w powietrzu. Jeśli ma mieć działanie żołądkowe – dobrze ją zmieszać z czymś dla szkodników smacznym. Najczęściej więc preparat ma postać granulek, past lub żelu. Przy dotykowym – zwalczany szkodnik musi mieć po prostu kontakt z preparatem, więc najczęściej będzie to płyn którym można pokryć (opryskać) powierzchnię, po której porusza się nasz bohater.   

Rejestracja receptury

Tak stworzoną recepturę raz jeszcze się rejestruje. Tym razem należy przedstawić szereg badań fizyko-chemicznych, skuteczności i bezpieczeństwa dla operatorów i środowiska. Potem rach-ciach i … już za 3-5 lat produkt można wprowadzić na rynek. Dlaczego tak długo to trwa? Nikt nie wie… Ale chyba urzędnicy są zadowoleni z tego tempa, bo na „Open Day” zorganizowanym w Helsinkach w 2019 roku przez Europejską Organizację Chemikaliów jeden z nich pochwalił się, że udało się zarejestrować pierwsze trzy (!!!) preparaty. Stosowne przepisy pochodzą z 2012. Trzy rejestracje na całą Europę w siedem lat. Brawo.  

Scenariusze ryzyka

Czy zatem jesteśmy bezpieczni stosując preparaty do zwalczania szkodników?  Tak. Powiedziałbym nawet, że aż za bardzo. W UE nadrzędną zasadą jest zasada ostrożności rozumiana tak, że jeśli czegoś nie wiadomo, to zakłada się najgorsze. To oczywiście bardzo bezpieczne, ale też i… bardzo drogie. Wymaga to bowiem od producentów udowadniania absolutnie wszystkiego. Wśród scenariuszy ryzyk przy rejestracji rodentycydów (ha, już wiemy co o za grupa!!) jest taki: „co by było, gdyby dziecko zjadło szczura, który wcześniej zjadł trutkę”. I każdy rejestrujący musi na takie pytanie i kilka tysięcy innych odpowiedzieć uzasadniając swoją odpowiedź. To niestety często powoduje, że rejestracja substancji aktywnych, a potem preparatów się po prostu nie opłaca.

Droga ostrożność

Jeśli się temu lepiej przyjrzeć, to taka nazbyt droga ostrożność jest świetnym potwierdzeniem kopernikańskiego twierdzenia, że „pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy”.  No bo które substancje aktywne opłaca się jednak rejestrować? Ano te, które potem w dużej ilości da się sprzedać, tak by poniesione koszty się zwróciły prawda? Czy pomylę się twierdząc, że ten system premiuje nienachalnie skuteczne rozwiązania? Że rejestrowanie tanich substancji (na których marża będzie niewielka) będzie mniej opłacalne?  Że rejestrowanie produktów specjalistycznych o punktowych zastosowaniach jest kompletnie nieopłacalne? Naszym gorszym pieniądzem będzie więc niespecjalnie skuteczna, droga substancja o możliwie szerokim spektrum działania. W zamian bezpieczna. Przyszło nam więc wybierać – bezpieczeństwo czy skuteczność i opłacalność.  W UE postawiono jednoznacznie na bezpieczeństwo. To spowodowało, że z rynku zniknęło ponad 76% wszystkich dostępnych wcześniej substancji aktywnych. Te które pozostały, są wyjątkowo łagodne i bezpieczne dla człowieka, zwierząt domowych i środowiska.  Czy zaskoczy Państwa jednak informacja, że im preparat bezpieczniejszy dla kota, tym także i bezpieczniejszy dla… szczura?

Substancje (nie)aktywne

Osobnym problemem jest narastająca oporność na substancje aktywne. Państwo zapewne znacie to z antybiotyków, prawda? Wiecie, że jeśli jakąś bakterię traktuje się tą samą substancją przez dłuższy czas, powstają mutacje oporne na ten preparat. Identycznie jest wśród szkodników. Łatwo się domyśleć, że jeśli zostało na rynku nie więcej niż 24% z dotychczasowej liczby substancji, to oporność będzie rosła znacząco szybciej, prawda? To oczywiste, bo organizm, który do tej pory mógł się spotkać z 20 różnymi substancjami teraz będzie się musiał „nauczyć” zaledwie kilku. Jeśli dodamy do tego, że dla naszego bezpieczeństwa te, które zostały są raczej z tych łagodniejszych… Hmmm…

Bezpiecznie bezradni?

Troszkę ponarzekaliśmy. Pamiętajcie Państwo jednak, że będzie nam coraz trudniej zwalczyć niechciane owady, gryzonie czy ślimaki. To naturalna konsekwencja faktu, że chcemy być coraz bezpieczniejsi a ludzie słysząc słowo „pestycydy” zwykle wpadają w panikę. „Zabezpieczyliśmy” się przed pestycydami nie do końca mając, jak sądzę, świadomość, że drugą stroną tej monety jest zabezpieczenie się przed pluskwami, karaluchami czy groźnymi dla zdrowia kleszczami. Niestety, rzucając monetą wypadnie albo reszka albo orzeł. Nigdy oba. 

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Share on email

Przeczytaj również

Odwiedź nas na FB

Informacja o plikach cookie na tej witrynie

Ta witryna korzysta z plików cookie, które służą do personalizacji i optymalizują działanie naszego serwisu. Więcej informacji znajduje się w Zasadach ochrony prywatności, a w przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia osobiste. Korzystając z witryny, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookie.