Ekologia a skala. Dwie skrajne perspektywy?

Zacznijmy od prostego, smakowitego przykładu. Wolisz domową szynkę, od wujka ze wsi, uwędzoną w przydomowej wędzarni, na drewnie z tej czereśni, co to w zeszłym roku się złamała, czy tę z supermarketu?
Mama przytula córeczkę siedząc na leżaku na wakacjach w kamperze

Nie ma jak swojskie

Co za pytanie? Wujek nie oszukuje, mięso to mięso, odkroi co za tłuste, a uwędzone tak, że nie bardzo wiadomo – jeść czy wąchać. A podzielisz się tą szynką z sąsiadem? No skosztować dasz, ale połowy nie oddasz, prawda? A z całym blokiem? Świetnie mieć wujka z wędzarnią, ale ilu takich? Ile mamy połamanych czereśni? Czy dla każdego starczy swojskiej kiełbasy? Czy każdego będzie na nią stać? Czy jesteśmy w stanie wszystkim, całej populacji zapewnić coś, co nazywamy „zdrową żywnością”? Czy każdy może sobie wyhodować kurkę lub świnkę żywioną resztkami z kuchni i mleczem narwanym przy miedzy? Czy zatem zgodzimy się, że – choć niechętnie po nią sięgamy – dobrze móc kupić także szynkę z supermarketu wytworzoną w wielkiej fabryce i wędzoną chemicznie?

Ekologiczne zwalczanie szczurów

Wyjaśnienie dla osób nie w temacie. Żywołapka to zwykle metalowa skrzynka – pułapka, w którą wabi się i łapie żywego szczura. Tak złapanego zwierzaka wywozimy do lasu. I tak nasz problem jest ekologicznie i humanitarnie rozwiązany. Pan urzędnik, akurat Francuz, był zachwycony tym rozwiązaniem. Przyznajemy – i my najchętniej tak byśmy rozwiązali problem, gdyby w naszej piwnicy pojawił się ten gryzoń. To ekologia.

Jak wytępić 24 mln szczurów?

A teraz włączmy skalę. Mówi się, że w dużych miastach na jednego człowieka przypadają minimum trzy szczury. Specjalnie dla Pana urzędnika zajmijmy się więc Paryżem. Prawie 8 mln mieszkańców.  Zatem populację szczurów możemy oszacować na jakieś 24 mln. Pomińmy w ogóle myślowo etap 24 mln żywołapek, pomińmy i to, że szczur jest tak inteligentny, że trudno go złapać.  Załóżmy, że to zadziałało i złapaliśmy je wszystkie. Co zrobić z 24 milionami żywych szczurów? Wysyłamy do Marsylii, czy zasiedlamy nimi wszystkie okoliczne lasy?  Myśląc kategoriami mojej piwnicy – żywołapka to świetne rozwiązanie. Myśląc kategoriami bezpieczeństwa mieszkańców całego miasta jest tak realne, jak szynka wujka dla wszystkich.

Repelentem w kleszcza

Inny przykład – kleszcz. Boimy się go wyjątkowo, roznoszona przez niego borelioza to wyjątkowe paskudztwo. Wiele miast dokonuje więc w parkach wielkopowierzchniowych oprysków, by pozbyć się kleszczy i komarów. Wiele osób robi to w swoich ogródkach. I tak jak komar jest jedynie wyjątkowo upierdliwy, tak kleszcz już jest groźny. Ekologia bez skali powie: takie wielkopowierzchniowe opryski są bardzo groźne, bo prócz kleszczy i komarów skrzywdzimy także i pożyteczne stworzenia. Zgadzając się, że borelioza jest jednak bardzo groźna zaproponuje osobisty repelent. Można nim spryskać siebie a nie park – tym samym dając sobie bezpieczeństwo, a owadom w parku życie. Czy brzmi to równie wspaniale, ekologicznie i humanitarnie, jak żywołapka?

Zwalczanie kleszczy w parkach

Teraz skala. Zarówno w przypadku wielkopowierzchniowego zwalczania kleszcza, jak i repelentu, którym posmarujemy sobie twarz, ręce i spryskamy ubranie – zwykle używa się podobnych, często tych samych substancji np. permetryny, która jest zarówno biobójcza, jak i repelentna (odstraszająca). Zwykle także w formie bójczej stosuje się wielokrotnie mniejsze stężenia. Substancji musi być naprawdę dużo, by komar czy kleszcz wyczuł jej obecność i zrezygnował z ataku.

Repelent na dłonie czy oprysk parku?

I teraz, jeśli mówimy wyłącznie o mnie i moich bliskich. Repelent na naszych ciałach jest zdecydowanie mniejszym obciążeniem dla środowiska, niż oprysk całego parku. Ale jeśli każdy z mieszkańców miasta, przy każdym wyjściu do parku miałby się spryskać repelentem? Środowisko dostanie od nas w sumie więcej czy mniej chemii, niż w przypadku jednego oprysku parku na sezon? Przecież to nie jest tak, że repelent po godzinie zniknie z naszych dłoni czy ubrań. Przyjdziemy do domu, umyjemy ręce, koszulkę wsadzimy do prania. My i wszyscy mieszkańcy naszego miasta. Cała użyta permetryna spłynie kanałami do oczyszczalni. Potem do morza. Po drodze wybije wszystkie bakterie w bio-oczyszczalni i wytruje rzeki. Tak jak dla ludzi permetryna jest wyjątkowo łagodna, tak dla organizmów wodnych śmiertelna.

Między czarnym a białym

Czy zatem możliwym jest, by wszyscy mieszkańcy miasta mogli korzystać z repelentów, by bronić się przed kleszczami w parku? Nie, to byłaby katastrofa ekologiczna o wielkiej skali. Mamy więc do wyboru zgodzić się świadomie, że jakaś część społeczeństwa zachoruje na boreliozę lub zdecydować się na zwalczanie kleszczy w parkach czy przydomowych ogrodach. Wybór więc w istocie sprowadza się do tego, czy chcemy chronić ludzi, czy niewinne owady w parku. I to nie jest czarno-biała decyzja.

Ekologię rozpatrujmy w skali

Zauważcie jednak, że w każdym z tych przykładów inaczej wygląda to patrząc z perspektywy „ja” inaczej z perspektywy „my”. Absolutnie nie jesteśmy przeciwnikami ekologii. Co więcej, twierdzimy, że jeśli człowiek się bardzo szybko nie opamięta, zniszczy wszystko co pozwala mu żyć. Twierdzimy jednak, że ekologię trzeba rozpatrywać w skali. Zarówno mówiąc co by było, gdybyśmy wszyscy oszczędzali wodę czy sortowali śmieci, jak i co by było gdybyśmy wszyscy mieli szczura w piwnicy.  Pomyślcie o tym.

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Share on email

Przeczytaj również

Odwiedź nas na FB

Informacja o plikach cookie na tej witrynie

Ta witryna korzysta z plików cookie, które służą do personalizacji i optymalizują działanie naszego serwisu. Więcej informacji znajduje się w Zasadach ochrony prywatności, a w przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia osobiste. Korzystając z witryny, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookie.